hm. Antoni Berowski HR
Był wieczór wigilijny roku 1942. Rano padał śnieg, pod wieczór chwycił lekki mróz i niebo się wypogodziło, noc zapowiadała się mroźna, ale pogodna. Po godzinie dwudziestej księża zatrudnieni przy Katedrze zaczęli rozchodzić się z budynku wikarówki do swoich mieszkań. Wyszedł też młody kapłan ks. mgr Leopold Rachwał niedawno mianowany seniorem parafii katedralnej. Ponieważ spiesząc się na wieczerzę wigilijną pozostawił w kancelarii parafialnej parę spraw do końca nie załatwionych, pomyślał, że dobrze by było je teraz załatwić i skierował swe kroki do kancelarii. Szybko uporał się z zaległościami i po ich zakończeniu zaczął odmawiać brewiarz. Smutna to była modlitwa, oto dzisiaj radosne święta Bożego Narodzenia, a na świecie szaleje okrutna wojna, która tak boleśnie dotknęła jego ojczyznę Polskę. Ileż rodzin polskich rozproszonych po świecie nie zasiądzie dzisiaj do wspólnej wieczerzy wigilijnej również w Tarnowie, do ilu z nich zagląda dzisiaj bieda, nędza i głód. Myśl jego pobiegła teraz do tarnowskich harcerzy, których przecież był kapelanem. Jak oni spędzają dzisiejsze święta? Jego znajomi: Druh Henryk Burkiewicz, który niedawno opuścił Tarnów, podobno dotarł już do Anglii. Drużynowy I Drużyny Harcerzy im. Zawiszy Czarnego druh Leszek Konopka, aresztowany przez „gestapo” we wrześniu, przeżywa z wieloma innymi harcerzami dzisiejszą Wigilię w więzieniu tarnowskim, zapewne oczekując, jak wielu jego poprzedników, na transport do Oświęcimia. Ich rodziny zasiądą dzisiaj same do wieczerzy wigilijnej ogarnięte bólem i trwogą i ich przyszłe losy.
W umyśle kapłana ciągnęła się teraz litania nazwisk bliskich mu osób, a tak bardzo nieszczęśliwych, zakończona litanią loretańską do Najświętszej Panny Marii i błagalną modlitwą do Niej świętego Bernarda: „Pomnij o Najlitościwsza Panno Mario, że od wieków nie słyszano, aby ktokolwiek uciekając się do Ciebie, Twej pomocy wzywając, Ciebie o przyczynę prosząc miał być przez Ciebie opuszczony”.
———————————-
Na głównej wartowni więzienia tarnowskiego dyżur pełnił starszy przodownik straży więziennej składającej się z Polaków zmuszonych do służby przez Niemców Józef Kraśkiewicz. Był to mężczyzna w kwiecie wieku, rosły, postawny, bardzo inteligentny, a przy tym bardzo uczciwy. Władał paroma obcymi językami i z tego powodu w więzieniu zbiorczym, jakim było więzienie w Tarnowie był hitlerowcom bardzo potrzebny.
Przodownik Kraśkiewicz wziął zastępstwo na dyżurze za kolegę, który mieszkał niedaleko od więzienia, aby umożliwić mu udział w wieczerzy wigilijnej i spodziewał się lada chwila jego powrotu. Więźniowie znali Kraśkiewicza jako człowieka bardzo im przychylnego, ale nie wiedzieli nic o jego powiązaniach z więzienną komórką wywiadu Armii Krajowej pod dowództwem podporucznika „Agresta”, St. przodownika straży więziennej Leona Wapiennika. Kiedy Kraśkiewicz szykował się już do wyjścia w oczekiwaniu na kolegę, zadzwonił dzwonek alarmowy. Kraśkiewicza ogarnął niepokój, bowiem Wigilia i Święta Bożego Narodzenia, niemieckie Weihanatchen były tak szanowane przez wszystkich Niemców, że w tych dniach nie należało się nikogo spodziewać, nawet z „gestapo”.
– Kogo diabli niosą? – Strażnik z bramy meldował przez domofon Oberschatfuhrera Kasturę z tarnowskiego „gestapo”, dwóch więźniów oraz konwój SS pod dowództwem Obersturmfuhrera SS. St. przodownik Kraśkiewicz dał przez domofon polecenie wpuszczenia ich. Na schodach zadudniły kroki i do wartowni weszło sześciu ludzi: gestapowiec Kastura, dwóch więźniów bardzo zmarzniętych, bo ubranych tylko w letnie zniszczone marynarki i półbuty, Obersturmfuhrer SS w czapce oraz dwóch SS-manów w zimowym umundurowaniu, w kominiarkach i hełmach na głowie uzbrojonych w karabiny.
Więźniowie przybywali przekazywani z więzienia w Jaśle. Przy załatwianiu zwykłych formalności z wprowadzeniem więźniów do kartoteki więziennej Kraśkiewicz przez cały czas myślał, co będzie przy umieszczaniu ich w celi, bo śpiew kolęd dobiegał, aż tu na główną wartownie, a śpiewanie i modlitwa były więźniom surowo wzbronione.
Kraśkiewicz wziął klucze i ruszył w kierunku oddziału drugiego, a przeznaczonego dla więźniów politycznych. za nim postępowali dwaj więźniowie, Obersturmfuhrer SS oraz dwaj SS-mani z konwoju. W miarę jak Kraśkiewicz, otwierał zamki przegród kratowych korytarzy więziennych, milkły kolędy śpiewane w celach, gdyż pomimo wszystko czujne uszy więźniów wykryły zbliżające się niebezpieczeństwo. Tylko cela Nr 44, przeznaczona dla sześciu więźniów a aktualnie zajmowana przez dwudziestu, nie umilkła i na cały głos śpiewała dalej. Utworzony w tej celi przez więźniów ośmioosobowy chór rewelersów swym śpiewem zagłuszał ostrzegawcze sygnały wydawane przez klucze i kraty i śpiewał na cały głos. Śpiewali pięknie kolędy Józefa Mohra i Karola Grubera „Cicha noc święta noc”.
Gdy przechodzili obok celi Nr 44, Obersturmfuhrer przystanął i nasłuchiwał.
– Czy mam ich uciszyć? – zapytał po niemiecku Kraśkiewicz.
– Nie, zostaw ich, odpowiedział Obersturmfuhrer, oni przecież śpiewają niemiecka kolędę.
Gdy wyszli z Oddziału drugiego A, na wartowni czekał już zmiennik na Kraśkiewicza oraz gestapowiec Kastura, który obawiając się, podobnie jak Kraśkiewicz, reakcji obcego Obersturmfuhrera SS, przezornie pozostał na wartowni.
Kiedy Kraśkiewicz opuszczał więzienie razem z przybyłymi do niego SS‑manami, była godzina dwudziesta. Przed bramą więzienną czekał sześcioosobowy Mercedes z tarnowskiego „gestapo”. Obersturmfuhrer zwrócił się do gestapowca Kastury: Niech pan zabierze ze sobą moich ludzi do naszego hotelu, a ja przejdę się trochę po mieście. Słyszałem, że Tarnów to stare i piękne miasto, pełne zabytków niemieckiego budownictwa, ma piękny Ratusz i Rynek, chcę je zobaczyć.
– Gdzie pan mieszka? – zapytał Kraśkiewicza.
– Właśnie w pobliżu Rynku – odpowiedział Kraśkiewicz.
– To świetnie, pójdziemy zatem, razem.
Kraśkiewicz nie śmiał odmówić. Szli przez zaciemnione zupełnie puste o tej porze miasto. Tylko refleks bijący od leżącego śniegu powodował, że dokoła panował półmrok. W ulicy Szerokiej wyminęli pięcioosobowy patrol „Schupo”, którego dowódca oddał honory przechodzącym. Przeszli w poprzek Rynek zatrzymując się na chwilę pod ratuszem. Potem skierowali się na Plac Katedralny, w którego głębi majaczył zarys gotyckiej Katedry. Obersturmfuhrer wyraził chęć jej zwiedzenia.
-O tej porze będzie zamknięta, powiedział Kraśkiewicz.
Zaraz za rogiem ulicy Katedralnej Kraśkiewicz przystanął – ja jestem już na miejscu – powiedział.
Obersurmfuhrer zatrzymał się również. Pójdzie pan dalej prosto za skrzyżowaniem ulic, pierwsza ulica w lewo to jest ulica Urszulańska, przy jej końcu znajduje się siedziba „gestapo” i wasz hotel – powiedział Kraśkiewicz – wskazując dłonią kierunek.
Lecz SS-man nie odchodził, stał przez chwilę zwrócony twarzą do Kraśkiewicza. Czego on ode mnie chce, przemknęło Kraśkiewiczowi przez głowę, żebym zaprosił go na wieczerze? W tej chwili pomyślał, ile kłopotu sprawiłby żonie i dzieciom. Żeby wybrnąć z niezręcznej sytuacji, raz jeszcze wskazał kierunek i wysilając się tak aby swojemu głosowi nadać jak najserdeczniejszy ton, powiedział: Frohliche Weihanchten Herr Obersturmfuhrer, au Widersehn! – i wszedł do bramy.
Obersturmfuhrer stal jeszcze chwilę, a potem ruszył nie we wskazanym przez Kraśkiewicza kierunku, lecz ku Katedrze. Na Placu Katedralnym było zupełnie ciemno, sąsiednie kamienice ze szczelnie pozasłanianymi oknami wyglądały jak wymarłe, tylko po prawej stronie Katedry w perspektywie ulicy Kapitulnej na parterze wikarówki, w niedokładnie zasłoniętym oknie jaśniała smuga światła, rzucając pomarańczowy refleks na pokrytą śniegiem ulicę. Ku temu światłu szybkim krokiem ruszył Obersturmfuhrer.
—————————————-
Ksiądz zatopiony w żarliwej modlitwie ani się spostrzegł, jak na zegarze kancelarii parafialnej wybiła godzina dwudziesta pierwsza. Dźwięk gongu zegarowego zbudził go z modlitewnej zadumy. Powstał więc i zabierał się do zamykania biura kancelarii. Wtem dobiegł go odgłos energicznie otworzonej bramy wejściowej, która o tej porze powinna już być zamknięta na klucz. Potem energiczne kroki w korytarzu, gwałtownie otwierane drzwi do poczekalni, a potem do kancelarii. W drzwiach stanął wysoki, przystojny, młody Oberstumfuhrer SS, wypełniając je niemal całą swoją osobą. Ksiądz poczuł, jak mrowie przebiega mu przez plecy.
Przybyły wszedł do kancelarii i pozdrowił Boga – Gruss Gott!
Zdumiony ksiądz odpowiedział po łacinie – Laudetur Jesus Christus!
Obersturmfuhrer zapytał – Sprechen Sie deutsch?
– Ja – powiedział ksiądz.
Wówczas przybyły zdjął z głowy czapkę i wskazując na okno powiedział:
Niech ksiądz poprawi zaciemnienie, z ulicy widać światło.
Ach, to o to chodzi, pomyślał ksiądz, odczuwając prawdziwą ulgę.
Kiedy ksiądz poprawiał zaciemnienie SS-man stał nadal na środku pokoju, mnąc w dłoniach czapkę.
– Czy mogę usiąść? – zapytał grzecznie.
– Naturalnie, odpowiedział ksiądz.
Wówczas przybyły ciężko usiadł na krześle, gwałtownym ruchem zdarł z czapki trupią główkę i rzucił nią w podłogę, pochylił się, spuścił głowę, a piersią jego zaczął wstrząsać głęboki szloch. Ksiądz nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na podstawie doświadczeń w dotychczasowych kontaktach z Niemcami, które przy pełnionej przez niego funkcji były nader częste, przeżywana obecnie scena nie mieściła się nawet w wyobraźni tak doskonałego kaznodziei, jakim był niewątpliwie ksiądz kapelan Leopold Rachwał.
Wreszcie ksiądz opanował się i przeprosiwszy niezwykłego gościa, wyszedł na korytarz zamknąć nieszczęsną bramę wejściową, aby uniknąć następnych niespodziewanych odwiedzin. Kiedy powrócił, nieznajomy siedział już wyprostowany i swe załzawione oczy zwrócił na księdza. W jego oczach czaił się nieskrywany niepokój i prośba.
– Może zrobić panu herbaty i dać coś na uspokojenie nerwów? – zapytał ksiądz.
– Nie, dziękuje, nic mi nie potrzeba, tylko błagam, niech mnie ksiądz przez chwilę wysłucha, niech ksiądz mi tego nie odmówi. – W głosie SS-mana brzmiało pokorne błaganie.
Ksiądz wszedł za biurko i usiadł.
– Proszę, niech pan mówi.
SS-man przetarł chusteczką załzawione oczy i rozpoczął swoją smutną, jakże tragiczna opowieść.
– Pochodzę z Bawarii, urodziłem się i wychowałem w rodzinie ortodoksyjnie katolickiej o tradycjach rycerskich. Gdyby moja kochana matka wiedziała, czym się teraz konkretnie zajmuję wyrzekła by się mnie i wyrzuciła z domu. W tej chwili wracam z więzienia tarnowskiego, do którego przywiozłem dwóch więźniów. Ksiądz nie ma pojęcia, o tej porze całe to więzienie śpiewa Weihanachtslieder tak wesoło, jak gdyby im nic nie groziło, chociaż to surowo jest zabronione. A przecież ci więźniowie oczekują na brutalne, krwawe przesłuchania, na zesłanie do obozów koncentracyjnych, do obozów zagłady, najczęściej oczekują oni na męczeństwo i na pewną i rychłą śmierć. Pomimo to oni teraz śą na swój sposób szczęśliwi. Liczą się bowiem, co najwyżej, ze śmiercią ciała, a nie ze śmiercią duszy. Oni żyją i żyć będą, a co ja? – syn potężnego narodu panów, być może w przyszłości panów Europy, a może przyszłych panów całego świata. Ja naprawdę jestem bardzo nieszczęśliwy. Bo ja już obecnie nie żyję, ja już umarłem, bo ostatecznie umarła moja nieśmiertelna dusza. Umarła ona ostatecznie i na zawsze. Opuścił znów głowę i trwał w tragicznym bezruchu, jak by naprawdę już i fizycznie był martwy. Zapanowało dłuższe milczenie, które w końcu przerwał ksiądz.
– Pan się bardzo myli, pańska dusza wcale nie umarła, ona tylko jest chora, bardzo chora i dlatego pan tak cierpi. Najlepszy dowód, że ona żyje, to, że pan się tutaj znalazł i że to panu się udało. Potrzeba koniecznie ją leczyć i to zaraz.
– Wiem, teraz ksiądz zaproponuje mi spowiedź, a do dobrej spowiedzi potrzebne są: żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy. Ja nie mam ani pierwszego, ani drugiego w moim obecnym położeniu mieć ich nie mogę. Gdybym to uczynił, naraziłbym na pewną i okrutną śmierć nie tylko siebie, lecz także moją kochaną matkę, całą rodzinę i nie wiem ilu mi bliskich i przychylnych mi ludzi. Po chwili dodał – i wielebnego księdza także.
– Niech mi pan powie, czy zabił pan kiedyś człowieka?
– Nie, tak zupełnie na śmierć jeszcze nie, choć wkrótce będę musiał to może uczynić, natomiast biłem, a nawet masakrowałem masy bezbronnych ludzi: starców, kobiety, a nawet małe i niewinne dzieci. Były to przeważnie dzieci żydowskie. Takie postępowanie wchodziło obowiązkowo w zakres naszego wyszkolenia, inaczej nie ukończyłbym szkoły SS i nie dostałbym stopnia oficerskiego. Obecnie zdarza się czasami, że biję i masakruje swoje ofiary tylko dlatego, aby ocalić im życie, a wobec moich zwierzchników wykazać się mocnym charakterem, który powinien posiadać każdy SS-man, charakterem który nie zna litości, Inaczej musiałbym ich zastrzelić. Tchórz, zupełnie jak Piłat, który wydał Chrystusa na ubiczowanie, aby ocalić Go od krzyża, pomyślał ksiądz, ale tego nie powiedział.
– A czy nie przyszło panu do głowy, że te pobite przez pana ofiary mogły umrzeć niedługo po tym pobiciu i właśnie w skutek tego?
– Litości ! Niech mnie ksiądz już nie dobija, ja już bez tego jestem stracony.
– Wcale nie zamierzam pana dobijać, a tylko budzę wątpliwości, które powinny panu nasunąć się same. I jeszcze jedno, co pana tutaj sprowadziło, czy tylko ta smuga światła bijąca przez niedostatecznie zaciemnione okno?
– Nie, od dwóch lat żyję, w środowisku zbrodniarzy mordujących często zupełnie niewinnych ludzi, rabujących cudze mienie, wyłudzających ogromne łapówki, które nic nikomu nie pomagają, gwałcących uwięzione kobiety, oddających się pijaństwu i rozpuście. W tych zbrodniach zmuszony jestem z konieczności i bez protestu z mojej strony uczestniczyć. Czasami oddaje się im dobrowolnie, aby zagłuszyć moje krzyczące sumienie i tak powoli, ale stale, staczam się w przepaść bez dna. – Dzisiaj w noc wigilijną, budzącą tyle świetlanych wspomnień z mojego dzieciństwa, kiedy to byłem małym, dobrym chłopakiem, nawet ministrantem, zapragnąłem, ach, jak bardzo zapragnąłem znaleźć się chociaż na chwilę w środowisku złożonym z normalnych ludzi. Łudziłem się, że sympatyczny strażnik więzienny, który mnie tu do Rynku doprowadził zaprosi mnie chociaż na chwilę na wieczerzę wigilijną, ale on się tego nie domyślił, że ja tego tak bardzo pragnąłem. Że z mojej strony w tej chwili nic złego ani jemu, ani jego rodzinie nie zagroziło. Po rozstaniu z nim zobaczyłem tę smugę światła, która mnie tu przyprowadziła.
– Jak pan znalazł się w obecnym swoim środowisku? Myślę, że panu z pańskim charakterem i jak pan sam wspomniał, synowi rodu o tradycjach rycerskich bardziej odpowiadałoby środowisko Wermachtu.
– Proszę księdza, już w latach szkolnych porwała mnie i oczarowała idea Wielkich Niemiec Adolfa Hitlera, idea tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej. W mniemaniu całej młodzieży, awangardą walczących o jej realizację było właśnie SS, a nie Wermacht. W szkole byłem drużynowym Hitlerjugend, a tacy trafiali raczej do SS, a nie do Wermachtu.
– Poprzednio wyraził pan swoją obawę, że będę Pana nakłaniał do spowiedzi świętej, jak pan sam widzi, nie było to potrzebne, bo pan sam się wyspowiadał, W pana obecnym położeniu trudno o lepsze wyznanie grzechów. Myślę, że ze wzbudzeniem żalu za grzechy, przynajmniej żalu niedoskonałego, wystarczającego do uzyskania rozgrzeszenia nie będzie pan również miał żadnych trudności, a co dostatnie warunku dobrej spowiedzi, to w tej chwili
wszystko zależy od pana.
– Nie, nie proszę wielebnego księdza nie mogę teraz zadeklarować poprawy, bo tylko bym księdza okłamał.
– Nie mnie, tylko Pana Boga.
– Nie proszę księdza, to jest obecnie niemożliwe, ja na swoją poprawę nie mam obecnie już żadnej nadziei.
W tej właśnie chwili wiszący na ścianie zegar wybił godzinę dwudziestą drugą.
Obersturmfuhrer spojrzał na zegar z niepokojem. Musze już iść, powiedział. Tak długa moja nieobecność i w takim dniu może się wydąć mocno podejrzana. Pochylił się, podniósł z podłogi leżącą na niej trupią główkę i zwracając się do księdza zapytał:
– Czy jest tu ktoś, kto mógłby mi ją przyszyć do czapki?
Ksiądz podniósł się z krzesła, w jego ruchach i postawie widać było wielkie znużenie i wyczerpanie nerwowe.
– Niech pan chwilę zaczeka, powiedział i wyszedł z kancelarii.
Za chwilę powrócił wraz z zakonnicą trzymającą w ręce igłę z nitką. Drżącymi rękami wzięła od SS-mana czapkę i zaczęła do niej przyszywać trupią główkę. Kiedy skończyła i oddała ją SS-manowi, wyjął z kieszeni stumarkowy banknot i usiłował go wręczyć zakonnicy, a kiedy stanowczo odmówiła przyjęcia go, położył go na biurku księdza ze słowami:
– Niech wielebny ksiądz przyjmie tę ofiarę i czasem w modlitwie wspomni mnie i moją biedną matkę.
Ksiądz porwał się z miejsca wyraźnie wzburzony, chwycił leżący na biurku banknot i usiłował go wcisnąć z powrotem SS-manowi. Ten wreszcie odebrał go od księdza, położył na poprzednim miejscu i powiedział:
– Ja wcale nie chciałem wielebnego księdza obrazić ani też zapłacić Księdzu za modlitwę. Ale u nas w Bawarii jest taki zwyczaj, że przy podobnych okazjach składa się dobrowolną ofiarę pieniężną na Kościół, niech ksiądz mnie zrozumie. Ale ksiądz protestował nadal.
Wówczas Obersurmfuhrer powiedział: Niech ksiądz przyjmie ten banknot i ofiaruje go w moim imieniu pierwszemu napotkanemu człowiekowi potrzebującemu pomocy, a przecież macie takich w Polce wielu. Wielebny ksiądz ma niewątpliwie lepsze rozeznanie w tym przedmiocie ode mnie. Ja mógłbym ofiarować go wydrwigroszowi, na przykład na wódkę. Wówczas kapłan skapitulował.
Wyszli obaj na korytarz. Ksiądz otworzył kluczem zamkniętą bramę wejściową. SS-man stanął na jej progu i rozejrzał się trwożnie dookoła. Ostrożność ta była zbędna, na dworze rozszalała się śnieżna zawieja, tak jak gdyby sama natura chciała go ukryć przed niepożądanym wzrokiem.
– Niech wielebny ksiądz pamięta w modlitwie o mojej biednej, kochanej matce. Myślę, że taki kapłan wiele może u Pana Boga.
– Będę pamiętał zarówno o pańskiej matce, jak i też o panu.
– Vergeld’s Gott![1]– rzekł SS-man i znikł w śnieżnej zawiei.
Ksiądz powrócił do kancelarii, ukląkł przed ukrzyżowanym Chrystusem i długo jeszcze i gorąco się modlił.
P.S. Opowieść wigilijna powstała w oparciu o wydarzenia prawdziwe. Śp. ks. Leopold Rachwał opowiadał mi, że w wieczór wigilijny odwiedził go nieznajomy mu młody oficer SS, który po wejściu do biura zdarł z czapki trupią główkę i rzucił ja na podłogę wyrażając swój żal i rozpacz, że wstąpił do SS. Potem przeprowadzili oni dramatyczną rozmowę po której zakończeniu SS-man poprosił o przyszycie mu oddartej odznaki do czapki i biuro opuścił.
W wieczór wigilijny 1942 roku byłem więźniem więzienia tarnowskiego w oddziale drugim A, w celi Nr 44. Atmosferę Wigilii więziennej wykorzystałem przy pisaniu mojego utworu. W celi Nr 44 więzienia tarnowskiego więźniowie utworzyli we wrześniu 1942 roku pięcioosobowy chór reweleserów, którzy do końca grudnia 1942 roku to jest do chwili ich transportu do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, koncertował w celi dostatecznie głośno, aby mogli go usłyszeć więźniowie z wielu sąsiednich cel, Chór korzystał z tolerancji wielu spośród strażników polskiej straży więziennej, którzy nie spieszyli się z dopilnowanie wykonania surowego zakazu „gestapo” odnośnie odmawiania przez więźniów modlitwy oraz uprawiania przez nich jakiejkolwiek działalności kulturalnej.
W październiku 1942 roku zdarzył się z chórem tragikomiczny epizod, a mianowicie: Z uwagi na pogodną jesień wieczorami poza murami ochronnymi kompleksu więziennego od strony góry św. Marcina przechadzał się wraz ze swoją małżonką komendant niemiecki tarnowskiego więzienia inspektor Busch. Chór wówczas koncertował przy otwartych oknach, a jego śpiew dochodził z kotła więziennego poza mury ochronne.
Jedna ze śpiewanych przez więźniów pieśni szczególnie spodobała się małżonce komendanta. Chór nie zakończył jeszcze śpiewać wymienioną pieśń, a już przybiegł strażnik więzienny z poleceniem komendanta Buscha, aby pieśń o tej samej porze zaśpiewali więźniowie jutro oraz przez wszystkie następne pogodne dni. Strażnicy nie znali tej pieśni i chociaż tekst był dla nich zrozumiały, specjalnie się w niego nie wsłuchiwali. Przez tarę kolejnych dni, zgodnie z poleceniem komendanta więzienia pieśń, której melodia tak bardzo przypadła do serca pani Buschowej, była przez chór więźniów z cel Nr 44 wykonywana, była to jedna z pieśni modlitewnych żołnierzy Z.W.Z. I A.K. Polski Walczącej. Kiedy strażnicy straży więziennej zorientowali się z treści słów, przerażenie ich nie miało granic. Bali się bowiem przypadkowego przybycia do więzienia podczas wykonywania pieśni któregoś z funkcjonariuszy „gestapo”, znającego język polski. Bali się również przeciwstawić nakazowi komendanta więzienia. Jeszcze bardziej bali się poinformować go o charakterze i treści słów pieśni, gdyż w takim przypadku cała odpowiedzialność spadłaby na nich. Na szczęście dla wszystkich więźniów, strażników i komendanta Buscha, skończyły się wkrótce pogodne dni i pieśń zamarła sama.
———————————-
Prawa autorskie:
Autorem jest Ś.P. hm Antoni Berowski HR. Jako jedyny spadkobierca dh hm Antoniego Berowskiego HR wyrażam zgodę na przedruk jedynie w całości „Opowieści Wigilijnej” wraz z Posłowiem. Całkowicie zakazuję wyrywania z kontekstu jakiejkolwiek części, nawet w celu cytatu, lub analizy, chyba, że wcześniej lub później w tym samym opracowaniu znajdzie się całość utworu wraz z wyjaśnieniem. Tym samym, przy spełnieniu powyższego warunku wyrażam zgodę na publikację w dowolny sposób, bez pobierania honorarium za nią. Oczywiście wraz z moimi warunkami. Pozostałe prawa zastrzeżone.
hm Leszek Ignasik HR
[1] Vergeld’s Gott! – Bóg zapłać!